Krzysztof Weyher – Fotograf w podróży

Fotografuję od zawsze. Pierwszy aparat dostałem, kiedy miałem jakieś 13, może 14 lat. W tamtym okresie byłem zafascynowany górami, a fotografia służyła mi do tego, by uwiecznić i lepiej zapamiętać chwile spędzane w górach. Jak już człowiek ma aparat, to z biegiem czasu zaczyna eksperymentować z różnorodnymi tematami ale mimo wszystko głównym tematem pozostawała dla mnie zawsze przyroda. Ptaki pojawiły się w moim fotograficznym życiu trochę mimochodem, kiedy 10 lat temu wyniosłem się z Warszawy na wieś, do domu z dużym, zadrzewionym ogrodem. W mieście oczywiście też są ptaki, ale dopiero poza miastem można odczuć ich bliskość i zauważyć ich mnogość. Nie miałem żadnego pojęcia o fotografowaniu ptaków, ale uznałem je za ciekawe wyzwanie fotograficzne. W kawałku drewna kominkowego dłutem wyżłobiłem korytko, do którego sypałem ziarno słonecznika i tak zrobiony karmnik położyłem na barierce na tarasie. W ten sposób miałem całe rzesze drobnych ptaków na wyciągnięcie ręki oraz obiektywu. Takie były początki, ale prawdziwy przełom nastąpił kilka lat później. Pojechałem na zimowe warsztaty do Marka Kosińskiego do Białowieży i tam spędziłem mój pierwszy dzień w czatowni. To było to! Przygoda, dreszcz emocji, bliskość dzikiej przyrody – wpadłem po uszy. Po miesiącu kupiłem porządny teleobiektyw i od tego czasu „nałóg” się tylko pogłębia…

Od fotografii do ornitologii

Ptaki są dla mnie tematem fotograficznym numer jeden, ale nie znaczy to, że niczego innego nie fotografuję. Szerzej pojęta przyroda, krajobrazy, ale też fotografia portretowa, studyjna goszczą na mojej matrycy regularnie. To, że ptaki stały się celem najczęstszym, sprawiło jednak, że coraz bardziej interesuję się ornitologią jako taką. Jak już się coś ustrzeli obiektywem, to chciałoby się wiedzieć, co to takiego. Nauka rozpoznawania ptaków w naturalny sposób prowadzi do szerszej wiedzy o nich.

Wypady bliskie i odległe

Jednym z moich ulubionych miejsc do fotografowania ptaków nadal jest… mój taras! Wyżłobioną kłodę jakiś czas temu zastąpił porządny karmnik ze „sklepu na pTak” zawieszony na drzewie. Lekko go zmodyfikowałem na potrzeby fotograficzne, tak by mieć ładnie wyeksponowane ptaki bez karmnika w kadrze. Karmnik wisi na drzewie ok. 7 metrów od drzwi na taras, więc kiedy zmarznę podczas fotografowania zimą, mogę się łatwo wycofać do kuchni na gorącą kawę. 😉

Nie jestem bardzo wybredny. Bardzo lubię przebywać w terenie i czasem sam fakt obcowania z przyrodą jest dla mnie wystarczający. Do naładowania baterii często wystarcza mi spacer do lasu, 800 metrów od domu. Jeśli zaś chodzi o fotografię, to atrakcyjność miejsca zdecydowanie wynika z możliwości obcowania z ptakami na nieduże odległości. Większość dobrze umiejscowionych czatowni spełnia to podstawowe kryterium i tu w zasadzie nie ma dla mnie większego znaczenia, czy muszę się w to miejsce specjalnie wybierać, czy jest ono położone za drzwiami na taras.

W moim karmniku stołują się w sezonie zimowym mazurki, kilka gatunków sikor, sójki, kowaliki, sierpówki, dzwońce, czyże, grubodzioby, zięby, jery, gile i jeszcze trochę innej drobnicy. Zawsze coś ciekawego się dzieje, więc wystarczy godzina wolnego czasu w weekend, by coś fajnego ustrzelić.

Poza moim własnym ogrodem byłem w ostatnich latach w różnych miejscach na ptakach: Biebrza, Mazury, Białowieża, Ujście Warty. Zewsząd mam piękne zdjęcia, ale chyba najbardziej lubię Stawy Milickie. Popołudniowe oczekiwanie w czatowni na przylot żurawi na zlotowisko ma w sobie coś szczególnego – długo nie dzieje się nic, a potem nagle zewsząd nadlatują duże grupy żurawi. Klangor z początku pojedynczych grup po chwili zlewa się w ogłuszający i oszałamiający hałas coraz liczniej nadlatujących kluczy. Tutaj nawet nie liczy się tak bardzo możliwość zrobienia zdjęć. Samo przebywanie niezauważonym pośrodku tego teatru obrazów i dźwięków jest nie lada przywilejem. Absolutna magia!

Z punktu widzenia ptasiarskiego chyba jednak najbardziej niezwykłe były moje wyjazdy na daleką północ. W 2015 roku byłem na Islandii, a w 2017 na Spitsbergenie. Możliwości obserwacji i fotografowania ptaków tam są nie do opisania. Mnogość, bliskość, a dodatkowo niezwykłe krajobrazy – totalna bajka!

Idealna fotografia

Bardzo ważne jest światło. Nieraz fotografię niezwykłą od przeciętnej różni jeden promień słońca padający na właściwe miejsce w kadrze. Oczywiście fotografie ptaków w niecodziennych sytuacjach czy pozach mają pewną wartość dodaną, ale potrafię docenić dobrze wykonane zdjęcie „atlasowe”, gdzie jest po prostu ptak, dajmy na to na gałązce, w ładnym świetle, z ładnie rozmytym tłem. Nie mówię o takich aspektach, jak kompozycja, ostrość, czy brak szumów na zdjęciu, bo to jest oczywista oczywistość.

TOP 3 najciekawszych obserwacji

Na pierwszym miejscu będzie wspomniany pierwszy dzień w czatowni w Białowieży, od którego się wszystko zaczęło. Bielik robiący nalot na padlinę kilkanaście metrów przede mną zrobił po prostu piorunujące wrażenie, którego wspomnienie pozostaje ze mną do dziś. Na drugim miejscu – także wspomniane już – zlotowisko żurawi na Stawach Milickich. Przede wszystkim za niesamowitą atmosferę i uczucie jedności z przyrodą, towarzyszące człowiekowi siedzącemu w czatowni i obserwującemu niebo wręcz zaciemnione przez tysiące zlatujących się ptaków. Na trzecim miejscu (choć nie dam sobie ręki uciąć za kolejność na podium) będzie nie jeden dzień, ale całe przeżycie obcowania z przyrodą w rejonach arktycznych. To jest trudno opisać, to trzeba przeżyć!

W poszukiwaniu idealnego sprzętu

Dobór sprzętu niestety wymaga wielu prób i błędów, a co za tym idzie – wydatków. Przez ponad trzydzieści lat przeszedłem drogę od wściekle czerwonego aparatu kompaktowego Hanimex wielkości paczki papierosów do lustrzanki cyfrowej z teleobiektywem, do przenoszenia którego potrzebny jest pokaźny plecak. Moją pierwszą lustrzanką, jeszcze za czasów analogowych, była Minolta. Ze sprzętem tej firmy dotrwałem do rewolucji cyfrowej, której początek Minolta chyba przespała: kiedy na rynek zaczęły wchodzić dopracowane już lustrzanki cyfrowe Canona i Nikona w przystępnych cenach, pierwszy model Minolty nadal kosztował jakieś kosmiczne pieniądze. Wtedy właśnie – w 2005 roku – porzuciłem ją na rzecz Nikona i tej firmie pozostaję wierny do dziś. Najpierw był D70, potem D90, następnie D300 i D300s. Tego ostatniego nadal używam jako body zapasowe, ale podstawowym aparatem od półtora roku jest D500. Jeśli chodzi o obiektywy do fotografii przyrodniczej, to zaczynałem (chyba jak każdy), od któregoś z teleobiektywów zoom o zakresie ogniskowych 70-300. Potem była bardzo udana nikonowska stałka AF-S 300 f4. No a potem już AF-S 200-400 f4 VR, który zostanie ze mną chyba na zawsze.

Sprzęt dla fotoprzyrodnika

Fotografia przyrodnicza wymaga oczywiście dłuższych ogniskowych niż większość innych dziedzin fotografii. Kwestia pełnej klatki jest dyskusyjna. Z jednej strony jakość obrazu jest względnie lepsza, ale mnożnik ogniskowej na DX akurat przy fotografii przyrodniczej, a zwłaszcza ptasiej, jest jednak po prostu przydatny. Co do światłosiły F2.8 – pewnie, fajnie by było mieć obiektyw 200-400 f2.8. Sigma zrobiła nawet 200-500 f2.8, ale nie mieści się on w żadnym plecaku fotograficznym, waży prawie 16 kilo i kosztuje 100 tys. zł. Parę miesięcy temu miałem okazję porównać w terenie moje 200-400 z nowym Nikkorem 400 mm f2.8 FL. Nie powiem, piękne szkło. Rozmiar i waga porównywalne, zdjęcia troszkę ostrzejsze z czterysetki (co stałka, to stałka), a przewaga f2.8 nad f4 oczywista: przy ptakach czas migawki 1/500, a 1/1000 sek. to często różnica między zdjęciem ostrym i nieostrym. Ja jednak nadal obstaję przy uniwersalności zooma. Poza tym, nie mam wolnych 50 tys. do wydania…

Mój zestaw fotograficzny

Przez lata uzbierała się spora lista. Nie będę wymieniał wszystkiego – zwłaszcza drobniejszych akcesoriów – bo nie sposób. O aparacie wspominałem wcześniej: Nikon D500 (z gripem, a w nim – bardzo ważne, zwłaszcza zimą! – drugą baterią) oraz D300s jako back-up. D500 jest moim zdaniem idealnym aparatem na ptaki: matryca DX, więc teleobiektywy mają większy zasięg; bardzo duży zakres użytecznego ISO (mam całkiem przyzwoite zdjęcia robione na ISO 20.000); fenomenalny autofocus – bardzo szybki i precyzyjny; 10 klatek na sekundę i przy tym względnie cicha migawka (klapnięcie lustra w D300s potrafiło wystraszyć ptaki).

Z punktu widzenia fotografii przyrodniczej najważniejszy jest dobry teleobiektyw. U mnie króluje Nikkor AF-S 200-400 f4 VR, do którego zdarza mi się podpinać nikonowski telekonwerter 1.4, co w sumie daje mi maksymalną ogniskową jak 840 mm na pełnej klatce. Bardzo cenię sobie uniwersalność zooma. Nieraz zdarza się w czatowni, że ptaki podchodzą blisko i w takiej sytuacji stałka się po prostu może okazać za długa. To samo dotyczy wielu sytuacji fotograficznych np. na Spitsbergenie. Wielokrotnie używałem ogniskowych krótszych, niż 400 mm, bo ptaki tam po prostu się człowieka nie boją i włażą niemal w obiektyw. Poza tym mam zestaw obiektywów pokrywający cały zasięg użytecznych ogniskowych we wszystkich sytuacjach fotograficznych: rybie oko Falcon 8 mm f3.5, Sigma 10-20 mm f4-5.6, Sigma 18-35 mm f1.8, Sigma 50-150 mm f2.8 IS, Nikkor 50 mm f1.8 oraz Nikkor 18-200 mm f3.5-5.6 VR.

Ważne akcesoria

Pięciokilogramowym zestawem oczywiście da się fotografować z ręki, ale nie przez kilka godzin w czatowni, gdzie ważne jest by wystający z czatowni obiektyw pozostawał w miarę nieruchomo. Bardzo ważny jest statyw. Każdy oczywiście ma swoją opinię na ten temat, ale osobiście uważam, że na jakości statywu nie ma co oszczędzać. Na forach fotograficznych bardzo często spotyka się pytania o dobry statyw do kwoty np. 400 zł. Przez ostatnie lata przerobiłem pięć statywów i stwierdzam jednoznacznie, że niestety nie ma dobrych statywów, zwłaszcza do fotografii przyrodniczej, za 400 zł. Statyw nie może być solidny, lekki i tani jednocześnie. Jak miałem statyw za podobną kwotę, to podczas fotografowania odpadła od niego noga… Jak już mamy aparat i obiektyw za kilkanaście, czy nawet kilkadziesiąt tysięcy, to chyba nie warto go stawiać na patyczaku za 400 zł. Obecnie mam Gitzo GT3541 i jestem z niego bardzo zadowolony.

Do dużego teleobiektywu zdecydowanie polecam głowicę gimbalową (też zwaną kardanową), której konstrukcja przenosi punkt oparcia powyżej środka ciężkości obiektywu. Dobrze ustawiona głowica gimbalowa pozwala sterować ciężkim zestawem jednym palcem. Wielu fotografów przyrodniczych używa także głowic filmowych, ale jak dla mnie gimbal to jest to. Natomiast bardzo odradzam używania głowic kulowych do ciężkich teleobiektywów – jest zbyt duże ryzyko, że w ferworze akcji zapomnimy dokręcić głowicę zanim puścimy aparat, co skutkuje natychmiastowym i gwałtownym opadnięciem obiektywu zazwyczaj do przodu. Pół biedy, jak wystraszy to wszystkie okoliczne ptaki, ale można w ten sposób także uszkodzić sobie sprzęt.

Wspomnę jeszcze o jednym akcesorium, które zawsze mam ze sobą podczas fotografowania, i które polecałbym wszystkim, a zwłaszcza osobom szczupłym czy wręcz kościstym, do których sam się zaliczam. Chodzi mi o jakiekolwiek miękkie siedzisko. Może być to kawałek karimaty, czy – jak w moim przypadku – piankowa podkładka do klęczenia przy pracach w ogrodzie (do kupienia za kilkanaście złotych w sklepach ogrodniczych). Do czatowni zazwyczaj zabiera się jakieś krzesełko turystyczne, ale bywają sytuacje, gdzie nie ma takiego luksusu, a wtedy moja pianka zapewnia niezbędne minimum komfortu.

Sprzęt oczywiście w czymś trzeba przenosić i tutaj zdecydowanie preferuję plecaki. Mam ich kilka i używam w zależności od sytuacji. Czasem zabieram ze sobą tylko duży teleobiektyw, a czasem nie zabieram go w ogóle, a to determinuje wielkość plecaka, jaki mi jest potrzebny.

Zoom jako złoty środek

Na początku mojej przygody, około 10 lat temu dawał mi się we znaki brak użytecznego wysokiego ISO w aparacie w połączeniu z brakiem dobrego, czyli jasnego teleobiektywu. Zestaw Nikon D300s w połączeniu z przysłoną 5.6 na 300 mm dawał jednak bardzo ograniczone pole manewru w gorszych sytuacjach oświetleniowych. Z biegiem czasu (i nakładów) nastąpiła tutaj duża poprawa. Poza tym wciąż zdarzają się sytuacje, w których brakuje zasięgu – nie zawsze da się być na tyle blisko, by temat zdjęcia w wystarczającym w moim odczuciu stopniu wypełniał kadr. Są to momenty w których przydałaby się dłuższa ogniskowa. Kusiło mnie czasem by zainwestować w obiektyw 600 mm, ale jednak noszenie dwóch takich kloców nie wchodzi w grę, a mojego zooma nie pozbędę się za żadne skarby.

Plany sprzętowe i podróżnicze

Ten rok zaczyna sie dla mnie wycieczka marzeń: Tajlandia, Indonezja, Nowa Zelandia i Australia. Być może przy okazji targów 2018 będzie sposobność pochwalić się zdjęciami przed szerszą publicznością…

Co do sprzętu to marzy mi się bardzo ostry, szybki, lekki i tani obiektyw 10-600 mm f2.8, a jeśli nie, to balon (oczywiście w kamuflażu), na którym mógłbym podwieszać plecak ze sprzętem, by nie musieć nosić go na plecach. 😉

Nie ukrywam, marzą mi się także najczęstsze powroty na daleką Północ. Przyroda Islandii i Spitsbergenu skradła moje serce i chętnie bym tam się ponownie wybrał. Czeka ponadto jeszcze Grenlandia i może kilka innych tego typu miejsc.

Na bardziej ogólnym poziomie marzę, by mieć więcej czasu na fotografowanie. Do emerytury wszak jeszcze trochę…

Marek Weyher

 

 

 

 

 

Pozdrawiam wszystkich serdecznie i do zobaczenia w terenie oraz w sieci:

http://nick-on.photler.com oraz https://wydrukujfotografie.pl/Krzysztof.Weyher

Posted in Ludzie, Sprzęt, Sprzęt fotograficzny and tagged , , , , , , , , , , , , , .

Dodaj komentarz